Relacja z podróży
Syczuan - mezalians lodu i palm
zapis sklecony z dziennika Agacika, nim zostanie tutaj zamieszczony w pełnej, acz trochę okrojonej wersji
     
Dawno temu Prometeusz ulepił człowieka z gliny i łez, wszczepiając mu strachliwą, trochę łzawą duszę. Przez przypadek zostawił kawałki żelaza, dlatego czasem znajdujemy w sobie jakąś nieokreśloną siłę płynącą z głębi trzewi, która pozwala zrealizować to, co pozornie wydaje się niemożliwe. Kilka miesięcy temu przyjechała Magda, moja siostra i przyjaciółka, wulkan energii, każdego dnia grożący erupcją. Uwielbiam pławić się w lawie jej słowotoku. Magda to dla mnie bicz i konfesjonał, wielka osobowość i dobry, kolorowy przyjaciel. To ona ściąga nisko latające anioły i blisko dreptających marzycieli. Zbyszek Karolczuk, człowiek z głową pełną szalonych pomysłów, zjawił się tego wieczoru w pubie. "Jedziemy do Chin" - stwierdziliśmy przy piwie - "Spełnimy wspólne marzenie, żeby z plecakami, jak prawdziwi globtroterzy przemierzyć ten najbardziej fascynujący kraj Azji". Podaliśmy sobie ręce, aby przypieczętować układ. Wróciłam do akademika, a moje współlokatorki słysząc o tym planie, pukały się w głowę: "Mieszkamy z takim małym wariatem" - myślały - "Jak wytrzeźwieje, to jej przejdzie".
Dzień później wstałam rano opętana myślą, jak zebrać fundusze na wyprawę. Nie było łatwo, lecz dzięki przychylności nieba ruszyliśmy do tej krainy w samym środku ziemi, aby zobaczyć Państwo Środka, zagubić się w świecie tej tysiącletniej kultury, skośnookiego szaleństwa, gdzie Mur Chiński ciągnie się jak wielki, uśpiony smok, ulice pachną, a język przypomina śpiew żurawia. Stolica Wielkich Cesarzy, złoto i czerwień, posąg Wielkiego Buddy w Syczuanie, rezerwat lodowców Hailuogou nieopodal Changdu. Orient, bogactwo, daleki świat - fascynujący i niezbadany. I tka się historia, i przesypuje się piasek w klepsydrze, a my zmierzamy dalej i dalej.
Po miesiącu trampowania z plecakami po Chinach, dotarliśmy do Changdu - krainy w samym środku Syczuanu, w dżungli tropikalnej roślinności. Panuje tu przedziwna atmosfera zawieszenia między niebem i ziemią, a miasto, w objęciach kołyszącej je natury, wciska się między aksamitną miękkość liściastych drzew, mięsistych palm i parasolowatych miłorzębów. Piękno Syczuanu to zieleń, rozwijająca cale połacie roślinności, pokrywającej barwnym dywanem każdą wolną przestrzeń. To grające swoją melodię świerszcze, ziemia, buzująca w ciągłym ruchu, pełna wewnętrznego życia, pulsująca i żyzna, jak nigdzie w Chinach. I ludzie, żyjący zgodnie z rytmem tykającego zegara, którego wskazówki przesuwają się spokojnie i niespiesznie.
Herbaciarnie jak polskie puby, wspólne rozmowy i mnóstwo prostej radości z chwili, która trwa. Starsi panowie grają w karty, panie chłodzą się leniwymi ruchami wachlarzy. Zapach herbaty wzbogaca powietrze jak najdroższe perfumy Pełny chillout, ktoś na chodniku naprawia rower, spokojne rozmowy na kanapie przed domem. Kawałek dalej Park Renmin - i transfer do innej rzeczywistości. Słuchamy koncertu tradycyjnej, chińskiej muzyki. Staruszkowie stroją swoje instrumenty długo i powoli, by potem, subtelnym ruchem smyczka, coraz szybciej głaszczącego struny, wydobyć doskonale zsynchronizowane dźwięki. Małe parkowe jam session. Pieczone kasztany, słodkie i rozpływające się w ustach.
Jak różowa pantera, cicho, na palcach zbliża się wieczór, a życie nocne rozkwita w cieniu śpiącej roślinności. Patrzymy na to wszystko jak dzieci, dziwiące się światu, oczarowani gwarem i magią nocy. Krok za krokiem coraz bliżej snu, jutro bowiem ruszamy do Hailuogou - parku lodowców. W samym środku Syczuanu, w sercu tropików, jak krystalicznie czysta łza, wyrasta góra z lodu. Ma ponad 7500 metrów wysokości. Zabieramy ciepłe ubrania, górskie buty i z małymi plecakami ruszamy do Moxi, małej tybetańskiej wioski ukrytej wysoko w górach. Autobus wije się górską ścieżką, pędzi po tej serpentynie z zawrotną szybkością. Maszyna jedzie nad samą przepaścią, kierowca wyprzedza inne pojazdy na zakrętach, ani trochę nie zwalniając. Modlę się bezgłośnie, byśmy dotarli na szczyt.
A wokół magiczny krajobraz, który jawi mi się jak sen przedziwny, bo nikt mi nie powiedział, że jest na świecie tyle piękna, w jednym tylko miejscu. Spieniona jak mleko rzeka, groźna i wzburzona, wije się między górami, pokrytymi czapami zieleni, przechodzącymi od barwy pożółkłej trawy do ciemnego granatu. Gdzieś nad przepaścią naszkicowane tarasy ryżowe, wypełnione rozmytą akwarelą, domy na skałach, przeczące prawom grawitacji. A nasz autobus wspina się, chcąc być jak najbliżej nieba.
Docieramy do Moxi wieczorem. Ruszamy do Parku Hailuogou. I już cicho jak kot, wspinamy się kamiennym traktem na platformę widokową. Jesteśmy bardzo wysoko, wyżej niż sięgają nasze Rysy. Wysokość ponad 3000 metrów, powietrze bardzo rozrzedzone, ciężko się oddycha. Jest chłodno, z każdym krokiem coraz zimniej. Krajobraz surowy, wszędzie głazy barwy popiołu i ziemisty materiał skalny. I te grzbiety lodu, pomieszane z ziemią i skałami, kratery i kilkumetrowe wyrwy. Nagie skały, nacieki barwy czekoladowego brązu w wariacjach z bielą, tworzą mozaikę na pionowej, granitowej ścianie. Jest cicho, słychać tylko szmer wody, rzeźbiącej w lodzie fantastyczne dzieła.
Coraz więcej śniegu i lodu. Lodowa jaskinia, prowadząca w głąb ziemi, to droga do ostatniego kręgu piekieł. Jesteśmy po ciemnej stronie księżyca, czas się zatrzymał, siedzimy w zimnej pieczarze i gotujemy zupę pomidorową, przywiezioną przez Zbyszka z Polski. Kilka godzin na pokrywie z lodu. A wokół upalne lato, tylko ta mała wyspa w morzu roślinności opiera się, jak ostatni bastion zimy. Wysokie góry, milczący strażnicy tej dziwnej planety uwięzionej w lodzie, stoją u bram czasu. Czyste, jasnobłękitne niebo, a na jego tle ogromny, górski szczyt, perfekcyjnie widoczny w krystalicznym, mroźnym, kłującym powietrzu.
Siedzę nad polem firnowym, wysoko nad połacią lodu, szerokiego jak okiem sięgnąć. Słońce wznosi się coraz wyżej i złotem promieni maluje wierzchołek góry, zbocza, przełęcze. Jak malarz w amoku inspiracji, szaleje coraz bardziej; rozchlapuje farbę na głazach, kraterach. Jest ranek, wstaliśmy z łóżek w tybetańskiej chacie. Poranna cisza, świerszcze jeszcze śpią, świat przeciąga się leniwie i otwiera najpierw jedno, potem drugie oko. I nagle jak podczas wybuchu wulkanu, zza góry wybucha strumień mgły, która rozlewa się mlecznie na szczycie, zstępując powoli, jak oblubienica, obleczona w koronki i woale. Pojawia się nagle, niczym para wybuchająca z nozdrzy górskiego smoka. Majestat mgły, jej powolny krok myli i roztkliwia, nie przeczuwam, że za chwilę zagarnie to urzekające piękno i nic już nie będzie widać. Robi się wilgotno i jasno, siedzę w zielonym, wełnianym płaszczu, a Tybetańczycy, u których spaliśmy, budzą się do życia. Gospodarze dzielą się śniadaniem, jemy przy wspólnym stole, ze wspólnych misek. Potem ruszamy dalej.